Pan Marian z Poznania koĹczy we wtorek sto lat
Inne KomentarzeNazywam siÄ Marian Dubisz. UrodziĹem siÄ 22 stycznia, o godz. 10. Tutaj, w Poznaniu, w klinice. UrodziĹem siÄ jako szĂłsty, przedostatni. ByĹem taki wyroĹniÄty, wysoki chĹopiec.
Moi rodzice mieszkali przy ul. Bramkowej, niedaleko placu Kolegiackiego. Ojciec pracowaĹ wiele lat w gazowni i matkÄ mÄczyĹ, ĹźebyĹmy jak najbliĹźej tej gazowni mieszkali. Do szĂłstego roku Ĺźycia to tylko mĂłj ojciec ze mnÄ najwiÄcej maszerowaĹ. Za rÄkÄ mnie prowadziĹ na poĹwiÄcenie mostu Rocha. Jak oni to rozbierali, to mi siÄ pĹakaÄ chciaĹo.
PamiÄtam, jak do Poznania cĂłrka krĂłla tego naszego, Wilhelma, przyjechaĹa. Ona byĹa trochÄ niepeĹnosprawna, paraliĹź jÄ pomieszaĹ.
Pan Marian Ĺpiewa po niemiecku piosenkÄ, ktĂłrÄ witaĹ WiktoriÄ LuizÄ.
Panna Finger
Pan Marian: – UrodziĹem siÄ jako szĂłsty, przedostatni. ByĹem taki wyroĹniÄty, wysoki chĹopiec. SiostrÄ miaĹem z zawodu krawcowÄ . Spodnie mi uszyĹa z dĹugimi nogawkami. Jak szedĹem do szkoĹy, chĹopaki mi siÄ kĹaniali. – DzieĹ dobry, panie kierowniku – mĂłwili.
Niemiecka szkoĹa byĹa dobra, bo maĹo siÄ uczyĹem. Przez pierwsze cztery lata mieliĹmy tylko jednÄ nauczycielkÄ, Fraeulein Finger. WillÄ miaĹa. I ona sobie chĹopakĂłw ze swojej klasy powyznaczaĹa. Zamiast siÄ uczyÄ, w czapce z papieru w ogrodzie pomagaĹem. Ja byĹem opalony, a Ĺwiadectwo dobre.
Jak Polska powstaĹa
PamiÄtam BoĹźe Narodzenie, w 1918 r. Na GwiazdkÄ my siÄ z siostrÄ bawili, taki maĹy fortepian my dostali, zabawkÄ.
W drugi dzieĹ ĹwiÄ t witaĹem Paderewskiego. PrzywieĹşli go karetÄ do hotelu Bazar. Narodu byĹy setki, gĹowa przy gĹowie. I widziaĹem, jak wyszedĹ na balkon ten siwy pan…
NastÄpnego dnia, rano, moja ciotka przychodzi. – A co wy, barany, leĹźycie w Ĺóşku?! – z krzykiem do mnie i do ojca. Moja mama poszĹa akurat na rynek po owoce. To ja prÄdko wskoczyĹem w spodnie i po tÄ mamÄ leciaĹem.
A powstanie? My mieli tÄ szkoĹÄ: na Ĺcianach Wilhelm der zweite, Wilhelm der erste i Hindenburg. Jak Polska powstaĹa, to my mĂłwimy: wywalamy. Przez okno my wyrzucali. KsiÄ Ĺźki niemieckie, popiersia….
Na Wierzbowej, gdzie mieszkaliĹmy wtedy z rodzicami, administratorem byĹ Niemiec o nazwisku Abel. Czterech synĂłw miaĹ. Jak Polska powstaĹa, to my z kumplami udawali powstaĹcĂłw. Mieli my czapki z papieru, szable z drewna. Najstarszy Abel byĹ moim koniem.
Fryzjer nie, krawiec nie
Moja mama chciaĹa, Ĺźebym zostaĹ krawcem. Krawiec mÄski siedzi na stole, nogi ma poplÄ tane. Ja byĹem duĹźy chĹopiec, nogi mnie bolaĹy. ByĹem dwa dni u krawca i uciekĹem od niego.
Na Wierzbowej mieszkaĹ mĂłj kuzyn, z zawodu fryzjer. MiaĹ zakĹad Ĺadny, duĹźy. NamawiaĹ mnie, Ĺźebym na fryzjera poszedĹ siÄ uczyÄ. W tamtych czasach do fryzjera chodziĹo siÄ goliÄ. PomagaĹem mu, gdy na dwa stoĹki goliĹ. Tu jednemu namydliĹem brodÄ, a gdy kuzyn goliĹ, drugiego poszedĹem wytrzeÄ i naperfumowaÄ. PieniÄdzy z napiwkĂłw miaĹem peĹne kieszenie. To na lody, na cukierki, to za tym Marysiem latali jak tego… Ale fryzjerem teĹź nie zostaĹem.
Trzeci zawĂłd w mojej kamienicy to byĹ kapelusznik. Ale mnie u kapelusznika za gorÄ co, za maĹo powietrza byĹo.
Wreszcie znalazĹem firmÄ Romana Matuszewskiego przy ul. Rataje. Na Ĺlusarza mechanika poszedĹem siÄ uczyÄ.
Maniusia z Siennej
NajpiÄkniejsze byĹo 20 lat Polski miÄdzywojennej. ByĹem kawalerem, elegancki pan byĹem, biaĹe spodnie, granatowa marynarka, na SoĹaczu, na ĹĂłdki…
MojÄ ĹźonÄ poznaĹem w 1933 r.
Wtedy, w kaĹźdÄ niedzielÄ, po koĹciele, trzeba byĹo na deptak, na plac WolnoĹci pĂłjĹÄ. W tÄ i z powrotem spacerowaÄ. Przez kuzynkÄ ĹźonÄ poznaĹem.
- Maniusia – mĂłwi Janka. – To jest mĂłj kuzyn. Zaraz bÄdzie z powrotem szedĹ, to ja go namĂłwiÄ, Ĺźeby z nami spacerowaĹ.
A potem, do mnie: – Marysiu kochany, nie zostaniesz z nami spacerowaÄ?
OdprowadziĹem tÄ ManiusiÄ później do domu. Ona na Siennej mieszkaĹa.
