W wagonach na węgiel

Tuż przed wojną pracowałem w III Pułku Lotniczym. Jak oni się dowiedzieli, że wojna wybuchnie, to się zaczęli przenosić do Lublina.

W Lublinie znalazłem mieszkanie. Wziąłem urlop i przyjechałem do Poznania po żonę i dzieci. Już byłem spakowany… Nagle rano, 1 września, przez otwarte okno słyszę stukanie obcasów. Goniec wojskowy przyniósł mi kartę ewakuacyjną. I my dostali cały pociąg, żeby rodziny wyjechały do Lublina.

Po południu wojna się zaczęła na całego. Ludzie mówią: - Polskie samoloty!

Ja byłem fachowiec: - Jakie polskie samoloty? Niemieckie! Zaraz zaczną bomby lecieć.

O godz. 22 ruszyliśmy i całą noc jechałem w otwartym wagonie węglowym. Z żoną, dwoma córkami i synem. Wojtek wtedy rok kończył.

Zamiast dać towarowe kryte, oni dali węglowe wagony! O godz. 7 rano patrzę, gdzie my jesteśmy, a my byliśmy we Wrześni, 50 km od Poznania.

Jeszcze jeden dzień i jedna noc, i byliśmy 30 km do Warszawy. Tam nas Niemcy ostrzelali.

Żonę zostawiłem u gospodarza. Chciałem do Lublina dotrzeć, bo za dezercję kulka w głowę.

Po dwóch dniach wróciłem, do gospodarza, u którego zostawiłem żonę. Okazało się, że z jeszcze jedną kobietą wynajęły wóz od łobuzów, którzy z Poznania, z więzienia uciekli. Nie wiadomo, gdzie są.

Breslau

W Sochaczewie Niemcy mnie rozpoznali, że po niemiecku rozmawiam. Wzięli mnie na tłumacza. Obiecali, że pojadę pierwszym pociągiem jadącym do Poznania.

Budzę się rano, patrzę gdzie jesteśmy, a tu Wrocław. Tory z Warszawy do Poznania były zniszczone.

Pierwszy raz widziałem niemiecki, halowy dworzec w Breslau. Wtedy Niemcy nawet śniadanie nam dali. Chleb w jedną rękę, kiełbasę w drugą.

Przyjeżdżam do Poznania, do domu rodziców, a tam, proszę sobie wyobrazić… żona mi drzwi otwiera.

Sto lat

Urodziłem się, wiadomo, w roku 1908. Mam jeszcze niemiecki akt urodzenia. Vater: Stanisław Dubisz, Mutter: Anna Muszyńska. Mogę pokazać. Niektórzy w ZUS-ie mówią, że ludzie się postarzają, żeby jakieś dodatki dostać. Więc noszę.

A pani już idzie?

Alicja, córka pana Mariana: - Tato, ty już ledwo mówisz. Ja ci tego gardła do wtorku nie wyleczę.

W sobotę będzie bal na Sołaczu, w Meridianie. Na 56 osób. Wyjdzie przed wszystkich i powie tym młodym chłopakom (bo to przecież młode chłopaki są, kumple jego z pracy, po 70 lat mają), że do dziś w uszach mu brzmi, jak mu imieninowe “Sto lat” śpiewają.

Natalia Mazur
Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań

Strony: 1 2