Starość to nie koniec świata
InneWieś Drużykowa, niedaleko miasteczka Szczekociny w województwie śląskim. Niskie zabudowania gospodarcze przy drodze, w centrum wsi kościół, wokoło płaskie pola po horyzont, zakończone daleką linią lasu. 150 metrów w lewo od kościoła zadbany budynek – Dom Seniora prowadzony przez Stowarzyszenie Wspierania Inicjatyw Charytatywnych im. Matki Teresy z Kalkuty w Częstochowie – to cel naszej podróży.
– Ostatnio wiele złych słów powiedziano o domach seniora – wyznaje prezes Stowarzyszenia Lech Matysiak. – Proszę przyjechać do nas, rozejrzeć się, porozmawiać z ludźmi. I, dla jasności, nie potrzebujemy reklamy – zastrzega – chodzi o prawdę. Uogólnienia są zazwyczaj krzywdzące…
Będziesz tu kierowniczką
– Przed laty znalazłem się w sytuacji nie do pozazdroszczenia – opowiada pan Lech. – Musiałem moją cudowną mamę umieścić w domu ze stałą opieką medyczną. Trudna sprawa. Zwiedziłem wtedy z rosnącym przerażeniem tuziny takich placówek. Nie znalazłem ani jednej odpowiedniej. Potem nawet nie wchodziłem do miejsc, w których od progu czuć było smutek, beznadzieję i… mocz. Tragedia. Wreszcie wpadłem na pomysł – karkołomny z pozoru – że zorganizuję dla mojej mamy, ale i dla innych “mam”, przytulne miejsce. Przekonałem do tego pomysłu 15 swoich przyjaciół. Założyliśmy Stowarzyszenie, którego patronką została niezawodna Matka Teresa z Kalkuty. Potem rozesłałem do wszystkich gmin zawiadomienie, że szukam lokum dla domu seniora. Z gminy Szczekociny otrzymałem najbardziej korzystną odpowiedź. Budynek dawnej szkoły, duży plac, blisko las, świeże powietrze, a za rok dzierżawy żądano symbolicznej złotówki. Spieszyłem się, jak mogłem, wpompowałem w remont wszystkie oszczędności – dom udał się nadspodziewanie dobrze, ale mama już nie zdążyła w nim zamieszkać… a obiecałem jej, że będzie tutaj kierowniczką… tak to w życiu czasem bywa.
Dom to ludzie…
Szczęście do miejsca to nawet mniej niż połowa sukcesu – ważni są ludzie. To oni sprawiają, że taki dom staje się przystanią lub przeciwnie – miejscem wygnania lub kaźni.
Pensjonariusze pojawili się dość szybko. Opiekę nad nimi objęło 20 osób, na czele z dyrektorem domu – Mariuszem Pocałujko, który za chwilę obroni dyplom z marketingu i zarządzania – co jest niezbędne do prowadzenia tego rodzaju placówki. Pensjonariusze go uwielbiają…
– Do tej pracy nie każdy się nadaje – wyjaśnia Lech Matysiak. – To ciężka praca, wymagająca ogromnej cierpliwości, łagodności i wewnętrznej pogody ducha. A Mariusz wszystkie te cechy posiada. Uważam nawet, że pozwala, by mu ludzie na głowę wchodzili. Późnym wieczorem pukają do jego mieszkania, by wygadać się, wyżalić…
– Nie mamy tutaj sztywnych godzin pracy. Mieszkam razem z naszymi podopiecznymi. Przyjaźnimy się, lubimy, ciągle rozmawiamy.
– Jest idealistą, przekonanym, że dobrocią, taką niezłomną dobrocią, można zdziałać dużo… – wtrąca prezes.
– Mam dowody, że dobro zawsze zwycięża. Przywozimy tu czasem ludzi, którym bliźni odebrali chęć do życia. Więdnących, z depresjami, zamkniętych w sobie, niedożywionych, zaniedbanych. U nas powoli rozkwitają i duchowo, i fizycznie… czasem nawet rodzina jest zdumiona przemianą…
Prezes Matysiak jest chodzącą energią, wolą działania, wolą czynienia świata lepszym. Trudno mu zrozumieć i przeboleć ludzką obojętność i bezmyślność. Skala problemu w kwestii opieki nad starszymi ludźmi jest – jego zdaniem – coraz większa. A ponieważ społeczeństwo się starzeje, od problemu nie da się uciec. Dotychczas wygląda jednak na to, że władze, wzorem strusia, chowają głowy w piasek.
