Przyjaciele i znajomi nie mogli zrozumieć… Jak to, przecież ją kochają, jak może im to zrobić? Ludziom trudno jest zaakceptować myśl o śmierci na życzenie. A jednak decyzja o wspomaganym samobójstwie może być głęboko przemyślanym aktem woli.

Umarła zasypiając, tak jak sobie tego życzyła. Zażyła 15 gramów penthotalu, mocnego środka znieczulającego stosowanego w anestezji, który zadziałał niemal natychmiast. Głowa owładnięta snem bez snów opadła jej ciężko na pierś. Najbliżsi przyjaciele położyli ją na łóżku w pokoju hotelowym i kilka chwil później jej serce przestało bić. Przedstawiciel prokuratury, protokolant, trzech policjantów i lekarz sądowy weszli wówczas do środka, by stwierdzić zgon.

Marguerite Messein umarła śmiercią cichą i pogodną, taką, o jaką zawsze prosiła. Jej samobójstwo przez zażycie leku, popełnione 20 listopada 2007 roku w anonimowym hotelu w okolicach Zurychu w Szwajcarii, było aktem głęboko przemyślanym i wieńczącym kilkuletnie starania. W wieku 82 lat Marguerite Messein skorzystała z usług Dignitasu, jedynego szwajcarskiego towarzystwa oferującego cudzoziemcom cierpiącym na nieuleczalne choroby możliwość odejścia w wybranym przez siebie momencie. Po śmierci w takich samych okolicznościach aktorki Mai Simon 19 września 2007 roku zgon pani Messein zwiększył do osiemnastu liczbę Francuzów, którzy wyjechali z ojczyzny, by umrzeć.

Był to wybór nieodwracalny. I pasujący do tej kobiety o wspaniałej urodzie i niezwykłej klasie, która była panią samej siebie i zawsze brała los we własne ręce. Po zakończeniu wojny zerwała kontakty z rodziną i została kolejno modelką, sprzedawczynią, bileterką i kosmetyczką. Ostatecznie otworzyła własną szkołę kosmetyczną, którą kierowała aż do lat 80. W paryskiej dzielnicy Gambetta, gdzie spędziła całe życie, nazywano ją “damą z Pere-Lachaise”. Codziennie spacerowała po tym pobliskim cmentarzu, znała wszystkie jego zakamarki.

W 1982 roku, po pierwszym nawrocie raka macicy, pani Messein przystąpiła do Stowarzyszenia na rzecz Prawa do Godnej Śmierci (ADMD). Już wtedy powstała w jej głowie myśl, że chciałaby móc “umrzeć w porę”. W 2000 roku stan jej zdrowia pogorszył się: została poddana terapii nowotworu okrężnicy. Ale dopiero śmierć męża w styczniu 2003 roku, spowodowana komplikacjami związanymi z rakiem kości, wpłynęła na jej decyzję. – To mną wstrząsnęło – powiedziała bliskim. – Co za potworność. Mąż nie podzielał moich poglądów, nie chciał umrzeć. Leżał na oddziale paliatywnym szpitala diakonis, gdzie wspaniale się nim opiekowano. Widziałam, jak po morfinie coraz bardziej słabnie. Pod koniec był już bardzo chudy, prawie nic z niego nie zostało. To był koszmar.

Wtedy Marguerite przysięga sobie, że taki los nie będzie jej udziałem. Po śmierci męża zostaje sama, bez bliskiej rodziny, bo kilka lat wcześniej zerwała kontakty ze swoim jedynym synem. W 2006 roku przydarza jej się incydent wieńcowy. Ogarnia ją wtedy “lęk przed słabością” w razie kolejnego ataku. Myśli o samobójstwie, ale przeraża ją pomysł nagłego targnięcia się na własne życie. Potem zaczyna domagać się prawa do spokojnej śmierci. – W latach 70. walczyłam o prawo do aborcji, a teraz walczę o eutanazję – powiedziała wówczas. – Pozwoliliśmy kobietom panować nad życiem, dlaczego więc mielibyśmy nie pozwolić ludziom panować nad śmiercią? To nonsens, nie rozumiem, dlaczego Francja odmawia mi tego prawa.

Strony: 1 2 3