Starsza pani pragnie odejść
InneW 2006 roku kontaktuje się z Dignitasem. Stowarzyszenie umieszcza ją w swoim rejestrze, ale informuje także o trudnościach ze spełnieniem próśb swych członków. “Niektórzy przedstawiciele władz kantonu zuryskiego próbują uniemożliwić nam realizację naszej misji – pisze do niej stowarzyszenie 28 marca 2007 roku. – Coraz trudniej znaleźć lekarzy, którzy byliby gotowi zbadać członków Dignitasu i wypisać niezbędną receptę”. Marguerite zaczyna się niepokoić. Obawia się, że nie będzie mogła doprowadzić swego zamysłu do końca. Ale nie słabnie w niej wola. Zgodnie ze statusem stowarzyszenia co cztery miesiące składa udokumentowany wniosek poparty listem motywacyjnym.
Kilka dni przed wspomaganym samobójstwem Mai Simon Dignitas prosi Marguerite, by spotkała się ze szwajcarskim lekarzem. 11 września 2007 roku jedzie więc do Zurychu w towarzystwie Claude Hury, działaczki i przyjaciółki z ADMD, która będzie z nią aż do końca. Starsza pani jest zdenerwowana, boi się, że nie zdąży na spotkanie. – Wszystko odbyło się fantastycznie, chociaż to diabelnie poważna sprawa – opowiada później znajomym. – Przyjął mnie niebieskooki lekarz z długą brodą, o bardzo przenikliwym spojrzeniu. Przypominał trochę świętego Mikołaja. Przez całe spotkanie trzymał mnie za rękę. Chciał się upewnić, czy jestem przy zdrowych zmysłach, czy nie mam depresji i nikt mnie do niczego nie przymusza.
Marguerite mówi mu, że jest zdecydowana z sobą skończyć. – Powiedziałam mu: jeśli pan się nie zgodzi, z całą pewnością rzucę się pod pociąg albo skoczę z okna – relacjonuje. Po dwugodzinnym spotkaniu lekarz godzi się napisać receptę, która pozwoli członkom Dignitasu kupić w aptece śmiercionośny specyfik. Potem prosi ją, by wybrała datę. Marguerite chce, by stało się to jak najszybciej: decyduje się na 20 listopada.
Po powrocie do Paryża czuje się “uspokojona”, wreszcie wolna od lęku, że jej zabiegi spełzną na niczym. Załatwia formalności spadkowe (część swego majątku przekazuje szpitalowi diakonis), organizuje swój pochówek, załatwia w zakładzie pogrzebowym odbiór urny, która będzie zawierać jej prochy. Wybiera klepsydry zapowiadające ceremonię na Pere-Lachaise, sporządza listę zaproszonych osób.
Kilka dni przed śmiercią sprawia wrażenie wyjątkowo ożywionej. W swoim wielkim haussmannowskim mieszkaniu (urbanista Georges Eugene Haussmann w XIX w. unowocześnił Paryż – przyp. Onet), przesiąkniętym odurzającym zapachem jej perfum, bez nostalgii przegląda pamiątki, wertuje albumy ze zdjęciami. Najwyraźniej nie ciąży jej odliczanie czasu. – To takie dziwne, ciągle liczę dni – mówi z prostotą. – Jeszcze nie odeszłam, ale już niezupełnie jestem tu. Zawisłam między dwoma światami. Jakbym wypłynęła z portu. Boję się tylko jednego: że nie dopłynę tam, dokąd zmierzam. Czy żałuje swojej decyzji, miewa czasem wątpliwości? – Żadnych, jestem sama i chcę z tym skończyć – opowiada. – Nie można żyć bez miłości. Człowiek potrzebuje ciepła, obecności drugiej osoby, bo inaczej nie da się żyć.
