Jak zasłużyłam na samotną starość?
InneBoję się, że umrę i nikt nie będzie wiedział.
22 godziny czekam, żeby sama zadzwonić. Mam taki abonament, że mogę rozmawiać wieczorem i w weekendy. W niedziele, we wtorki i czwartki dzwonię do Tereski do Zielonej Góry. Poznałyśmy się tak, że w pierwszym domu po wojnie, na Puławskiej, udzielałam jej korepetycji z matematyki. Jest sędzią, ma córkę, która skończyła studia w Niemczech, poznała Szweda i tam są.
Teraz Tereska jest w Libii, jak wróci, to mi wszystko opowie. Raz w tygodniu - do Szczecina. Tam jest Jola, córka wujenki. Gdyby ona była w Warszawie, opiekowałaby się mną bardzo. Do Gdańska do Krystynki. Poznałyśmy się na wycieczce we Włoszech. Do Bielska do siostry ciotecznej. Opowie mi, co z synem. Słucham, wczuwam się, jakbym była tam z nimi, to przynosi ulgę. Ładny miś, prawda?
Cztery lata temu kupiłam go sobie. Bo zawsze traktowano mnie jak dorosłą, to jakoś nie kupowałam sobie przyjemnostek. Byłam starsza, Marylka była bardziej pod opieką. Tata lubił zaglądać do kieliszka, więc w domu dobrze nie było. Robił awantury, raz nawet gonił mamusię z siekierą. Podobno mamusia chciała popełnić samobójstwo i coś wypiła. Kiedyś groził, że się potnie, i wyciągnął scyzoryk. Miałam może osiem lat. Złapałam go za rękę, żeby powstrzymać, o, ta blizna na dłoni to pamiątka po tamtym. Tata był zawiadowcą stacji, mieszkaliśmy w Siedlcach, Zgierzu, Kole, znów w Siedlcach. Był tylko wtedy, kiedy się awanturował.
O dom, dzieci nie dbał. Jeszcze wynosił, żeby sprzedawać. Wstydziłam się zaprosić koleżanki, bo leżał pijany. Mama po ślubie nie pracowała, bo jedno dziecko, drugie, trzecie. Trzeba było się martwić, za co żyć. Ciągle mdlałam, bo niedożywienie, miałam torsje. Śniło mi się, że ktoś mnie goni, wpadam w jakieś doły, budziłam się z krzykiem. Dawniej nie było lekarzy, żeby pomogli. Postanowiłam, że dzieci mieć nie będę. Jakby miały mieć takie życie jak ja… Jakby miały tak cierpieć! No tak, może to był ten moment. Raz tylko spotkałam doktora, który mi pomógł. Profesor Leder był zwolennikiem leczenia psychoterapią. Potrafił z pacjentką pójść na dancing, żeby ją rozerwać. Inni to tylko leki i leki. Kilkadziesiąt lat biorę proszki i nie pomagają. Jak miałam 40 lat, załamałam się. Z pracy puścili mnie na te trzy miesiące. Wróciłam, to jeszcze awansowałam, nikt się nie śmiał, że to fioł.
Zaraz pani wszystko powymieniam po kolei. Załamałam się za całokształt, za to moje dzieciństwo: na dom w Siedlcach spadła bomba; chcieli mnie zabrać na roboty do Niemiec, uciekłam do Warszawy do wuja - on miał swój oddział, w tapczanach pełno broni, stale ktoś ginął; w Powstaniu byłam na Woli, tam było najgorzej, przenosiłam broń i gazetki, złapali nas na Ogrodowej; szłam w pierwszym żywym transporcie - przez ogień, wkoło popalone trupy, kilka dni wszystkich rozstrzeliwali, dorosłych, dzieci; zamknęli nas w kościele św. Wojciecha i chcieli wysadzić, w końcu zdecydowali, że zaprowadzą do obozu w Pruszkowie, we Włochach, w pięć uciekłyśmy, było ciemno, schowałyśmy się na polu kapusty; 18 stycznia poszłam na piechotę zobaczyć, jak wygląda Warszawa, wróciłam na Śniegockiej, wujek zginął 31 sierpnia, ciocia wyszła za jego brata; ściągnęłam do siebie mamę z siostrą, ojciec umarł, byłam głową rodziny; nie mogłam znaleźć pracy - nie chciałam zapisać się do partii, wszyscy pytali: “Co ty zrobiłaś, że masz taką złą opinię?”; dopiero przez znajomego dostałam się do kinematografii, praca nie była ciekawa, zajmowałam się gospodarką materiałową, bo wszystko było na przydziały, i byłam kierownikiem transportu. Dużo dla jednej osoby? Za dużo.
