Jacek Sz. zamiast odbywać karę wieloletniego więzienia prowadzi nielegalny dom starców. Do czego potrzebuje staruszków?

Zofia Zielińska-Wawrzyniak zostawiła w Domu Opieki “Marina” 93-letniego męża ze złamaną ręką: - Wyjeżdżałam na jakiś czas i nie mogłam się nim opiekować. Pierwszy szok - nakrzyczeli na mnie, że się zmoczył. Innym razem był strasznie zmarznięty. Po tygodniu pobytu w Marinie był nieprzytomny, dostał tam zapalenia płuc i zmarł w szpitalu.

Marina to jednopiętrowy budynek położony na peryferiach Szczecina, nad jeziorem Dąbie, strzeżony przez dobermany. Szefem jest tam człowiek, którego - jak mówi uciekinier z domu opieki - wszyscy się boją (jeden z pracowników lojalnie ostrzega staruszków, że szef jest niebezpieczny). To Jacek Sz., który powinien właśnie odbywać karę sześciu lat więzienia. Prawą ręką szefa (”specjalista do spraw organizacyjno-prawnych”) jest jego brat Leszek Sz. sądzony obecnie przed szczecińskim sądem za wyłudzenia na kwotę blisko 20 mln zł.

Opieka wirtualna

Marina, która reklamuje się m.in. w internecie, oficjalnie nie istnieje. Zgodnie z ustawą o pomocy społecznej, aby prowadzić taką działalność, trzeba spełnić surowe wymogi i uzyskać zezwolenie wojewody. Tymczasem, jak nas poinformowała Halina Figórska z zachodniopomorskiego urzędu wojewódzkiego, właściciele Mariny w ogóle nie wystąpili o zezwolenia na prowadzenie domu opieki.

Marina chwali się rekomendacją Stowarzyszenia Domów Opieki i Pensjonatów dla Seniorów. Prezes stowarzyszenia Antoni Gabański: - To bzdura. Taki dom opieki w ogóle nie należy do stowarzyszenia.

Rozmawialiśmy z kilkoma osobami, które były w Marinie. Marzena Surówka opowiedziała nam o ojcu, który zmarł po czterech dniach pobytu: - Nie było przy nim lekarza. Pracowały tam młode dziewczyny po kursie pierwszej pomocy.

Jerzy Krassowski, który ma 88 lat i order Virtuti Militari za walkę w szeregach 27. wołyńskiej dywizji AK, wytrzymał w Marinie tylko pięć dni. - Zażądałem zwrotu kaucji w wysokości 2,2 tys. - opowiada. - Nie oddali.

Osoby, z którymi rozmawialiśmy, skarżyły się na oszustwa i zaniedbania w Marinie. Longina Kaczmarek, miejski rzecznik konsumenta w Szczecinie: - Mieliśmy skargi dotyczące działalności Mariny, więc w styczniu br. wysłaliśmy list do spółki Keja prowadzącej ten dom. Sęk w tym, że pod adresem firmy była tylko kupa gruzu…

Chorowity skazaniec

Bracia Sz., którzy prowadzili do niedawna największą w Szczecinie sieć lombardów, to starzy klienci wymiaru sprawiedliwości. Wielokrotnie zarzucano im oszustwa i wyłudzenia - niektóre z tych spraw skończyły się już wyrokiem skazującym.

Oto próbka ich działalności. Kiedy zmarł sąsiad Jacka Sz., a potem syn sąsiada zginął w wypadku, Jacek Sz. stanął w drzwiach willi pogrążonej w żałobie wdowy. Oświadczył, że jej syn był mu winien 100 tys. zł, na dowód czego okazał sfałszowany - z podrobionym podpisem - weksel. W ten sposób jego firma przejęła dom sąsiadki, który później Jacek Sz. obiecał sprzedać pewnemu szczecinianinowi - wziął od niego 240 tys. zł, ale budynku nigdy nie przekazał. Za to oszustwo i kilka innych szczeciński sąd rejonowy skazał go w 2001 r. na dziesięć lat więzienia. Jednak sąd okręgowy zmniejszył karę do sześciu lat, a w 2002 r. Jacek Sz. otrzymał od sądu penitencjarnego przerwę w karze, bo leczył się na otyłość. Poddał się operacji zmniejszenia żołądka, po której już do więzienia nie wrócił.

- To co się dzieje z panem Sz., to już sprawa sądu penitencjarnego - mówi prokurator Krystyna Kobrzyńska ze szczecińskiej prokuratury okręgowej, która doprowadziła do jego skazania.

Sędzia Ewa Zywar ze szczecińskiego sądu okręgowego: - Pan Sz. korzysta cały czas z przerw w karze, bo według lekarzy ma wiele schorzeń, m.in. chorobę wieńcową.

Kredyt na staruszka?

Od kilku osób słyszeliśmy, że bracia Sz. zabierają pensjonariuszom dokumenty. Przedstawiciele jednego ze szczecińskich banków (na ich prośbę nie zdradzamy nazwy) opowiedzieli nam o kredycie, o który wystąpili pewni mężczyźni. Przywieźli do banku wypełnione dokumenty, dowód osobisty kredytobiorcy i jego samego. Był to, nie bardzo rozumiejący w czym rzecz, staruszek - pensjonariusz Mariny. Do banku przywiózł go osobiście Jacek Sz.

Udało nam się porozmawiać z tym ostatnim. Przekonywał, że w Marinie wszystko jest w najlepszym porządku, nie ma żadnych skarg, a staruszkowie nie wyobrażają sobie bez niego życia. Zasugerował, że mogą się nami zająć jego prawnicy, gdy coś napiszemy. Jaką funkcję pełni w domu opieki?

- Jestem wolontariuszem zarządzającym - powiedział Jacek Sz.

Służby wojewody i policja skontrolują nielegalny dom starców Marina prowadzony przez Jacka S. skazanego za oszustwa. Sąd penitencjarny poszuka zaś dla tego ostatniego więzienia

Tekst “Dom skazańca” o nielegalnym domu starców w Szczecinie wywołał prawdziwą burzę.

Zareagował m.in. wojewoda zachodniopomorski Robert Krupowicz. Na prowadzenie domu opieki potrzebna jest jego zgoda, a właściciele Mariny nigdy o nią nie wystąpili. - W najbliższym czasie razem z policją przeprowadzimy gruntowną kontrolę domu opieki i zawiadującej nim spółki - powiedział wojewoda w piątek.

Niewykluczone jest skierowanie sprawy do prokuratury.

Nieformalnym szefem Mariny jest Jacek S., który powinien odbywać karę sześciu lat więzienia za oszustwa. Jego brat, w Marinie “specjalista od spraw organizacyjno-prawnych”, jest obecnie sądzony za wyłudzenia warte blisko 20 mln zł. Jacek S. nie siedzi w więzieniu, bo od kilku lat korzysta z przerw w karze, przedstawiając zaświadczenia lekarskie o złym stanie zdrowia - leczy się na otyłość i chorobę wieńcową. Obecnie szczeciński sąd chce znaleźć więzienie, w którym Jacek S. mógłby odbywać karę.

- Przewodniczący wydziału penitencjarnego zwrócił się do Służby Więziennej o informację, czy któryś z zakładów karnych w Polsce ma oddział opieki zdrowotnej, który mógłby przyjąć Jacka S. - poinformowała nas sędzia Elżbieta Zywar ze szczecińskiego sądu okręgowego.

Źródło: Gazeta Wyborcza