Jan Paweł II, Papież,
Rok po tamtym Kwietniu
Pożegnania 
Zarówno jego siła oddziaływania, jak i długość tego pontyfikatu sprawiły, że to odejście wydawało się nam tak samo nieprawdopodobne, jak trudna do wyobrażenia dla dzieci jest śmierć ich rodziców. Umierał nam sędziwy ojciec – a to przeżywa się, owszem, jako coś przewidywalnego, ale jednak do końca niewyobrażalnego, gdyż odchodził ktoś, kto w świadomym życiu wielu z nas „zawsze był”. A więc – skok w ciemność?
W ostatnich latach pontyfikatu Jana Pawła II – gdy przynajmniej trzeźwi komentatorzy musieli dokonywać myślowej symulacji „świata po JPII” – ostrzegano, że śmierć Papieża może skutkować potężnymi perturbacjami dla Kościoła powszechnego i dla Kościoła w Polsce. Martwiono się, czy następca udźwignie to dziedzictwo, do którego należała między innymi zdolność łączenia różnych tendencji i środowisk. Obawy dotyczyły również tego, czy koniec ery Papieża Polaka nie będzie też oznaczał początku zmierzchu katolicyzmu polskiego, tak silnie motywowanego obecnością naszego Rodaka w Rzymie.
Benedykt, czyli miękkie przejście
Można powiedzieć, że wszystkie te próby są jeszcze przed nami. Z pewnością jednak nie spełniły się najczarniejsze scenariusze, w których zapowiadano wielki kryzys i wielką zapaść. Następca na Stolicy Piotrowej, chociaż nie nazwał się Janem Pawłem – lecz Benedyktem – był jednym z najbliższych współpracowników zmarłego Papieża i zapewnił nam wszystkim miękkie, delikatne przejście do nowej sytuacji. Nie potwierdził się niechętny Papieżowi Benedyktowi jego obraz jako kostycznego, odpychającego urzędnika, „teologa patrzącego ponad głowami ludzi”. Papież podbił serca nawet tych, którzy lękali się jego wyraźnych przekonań i odważnych wizji. Owszem, pewne różnice stylu i zmiany akcentów zostały zauważone bardzo szybko, lecz nie miały w sobie żadnych cech rewolucji. Oczywiście Papież Benedykt idzie już własną drogą – ale sam zdradził, że ma nadzieję, iż Papież Jan Paweł będzie go „prowadził za rękę”.
Nie ma więc w Kościele nowej wojny konserwatystów z liberałami – choć z drugiej strony Ojciec Święty czyni co i rusz rozmaite gesty, które sygnalizują, że nie ma zgody na dalsze eksperymenty, a w codzienności katolickiej przydałoby się więcej czerpania z tradycji.
Bezkrólewie, czyli brak superbiskupa
Wróćmy jednak do sytuacji polskiego Kościoła. Jej specyfika polega na tym, że w chwili śmierci Jana Pawła II katolicy polscy mogli się poczuć osieroceni niejako podwójnie: nie tylko jako katolicy, lecz także jako Polacy. Ktoś z moich mądrych przyjaciół wystąpił z tezą, że – z punktu widzenia psychologii społecznej – odchodzenie Papieża przeżywaliśmy tak, jakbyśmy żegnali swego króla.
Czy zatem w pewnym sensie weszliśmy w straszny czas „bezkrólewia”? To przepowiadano od dawna. Jan Paweł II był – tak zauważano – jakby „superbiskupem” dla Kościoła w Polsce, autorytetem, od którego oczekiwano rozstrzygania wszelkich nabrzmiałych spraw bieżących z naszego podwórka. W wielu wypadkach było rzeczywiście tak, że głos z Rzymu – lub jakiś zaufany z Watykanu – przynosił decyzje, które można było podjąć na miejscu. Wszyscy oglądali się na te specjalne interwencje, opóźniając swe własne reakcje. Teraz sytuacja bardzo się zmieniła, brak autorytetu często interweniującego z wyżyn „wysokiego zamku” – ciężar większości decyzji przenosi się znów do naszego Kościoła lokalnego, do stolic biskupich Kościoła polskiego.
Bezruch, czyli Papież telewizji nie założy
Komentatorzy sygnalizują, że takie specyficzne „bezkrólewie” może się łatwo skończyć tym, że Kościół w Polsce zacznie przypominać pole sporów między skłóconymi „baronami”. To jednak chyba nam nie grozi, gdyż nawet jeśli takie napięcia istnieją, to nie tworzą drastycznych podziałów. Źródłem rzeczywistego kryzysu może być raczej bezruch, inercja, brak inicjatywy. Tym bardziej że we współczesnym świecie wydarzenia biegną szybko i wciąż przynoszą problemy będące dramatycznymi wyzwaniami dla sumienia wiernych. Kościół, który by nie próbował dawać swoich wyraźnych odpowiedzi, staje się nieobecny w życiu narodowym, sam zamyka się w kruchcie, czyli w rezerwacie, który przewidzieli dla niego kiedyś komuniści, w dobie ostrej walki z Kościołem. To w tym kontekście należałoby patrzeć również na dzisiejszą słabość kościelnych mediów i na spore niedomagania w formowaniu intelektualnych elit, wiernych nauczaniu Kościoła i potrafiących je przekładać na konkretne projekty w przestrzeni publicznej.
Wiemy już zatem dobrze, że Papież nie założy nam katolickiej telewizji, sprawnie działającej ogólnopolskiej sieci radiowej, dynamicznie redagowanego dziennika katolickiego, albo np. instytutu etyki społecznej – tak jak mimo wyraźnych starań, było mu trudno założyć za nas Akcję Katolicką w Polsce. Te projekty albo nigdy się nie zrealizowały, albo musiały przyjąć postać quasi-prywatnych inicjatyw, oczywiście także obciążonych ludzkimi błędami i za te błędy ostro krytykowanych także na forum Kościoła.
Po kawałku, czyli my wszyscy z Niego
W refleksji na rocznicę śmierci Jana Pawła II nie sposób uniknąć pytania o istnienie i żywotność Pokolenia JPII. W uniesieniu „papieskiego kwietnia” byliśmy pewni, że ono jest i działa – i że to właśnie ono tworzy nadzieję na przyszłość. Myśleliśmy tak również wtedy, gdy swoją dynamikę stracił entuzjazm wiosennych tygodni pamięci o Janie Pawle, gdy powoli gasły inicjatywy wielkich spotkań młodzieży w polskich miastach. To wtedy jednak zaczęto stawiać pytania o aksjologiczną spójność Pokolenia JPII – o to, czy rzeczywiście będzie ono dalej myślało i reagowało tak, jakby Jan Paweł II był wśród nas. Jest to ważne pytanie o to, czy ludzie tego pokolenia – nie jego liderzy, lecz pewna masa krytyczna pokolenia – mają tę niezbędną w naszych czasach moralną „wewnątrzsterowność”, czy rzeczywiście „potrafią od siebie wymagać nawet wtedy, gdy inni od niego nie wymagają”. Jest to pytanie o to, czy Pokolenie JPII „istnieje” tylko wewnątrz tłumu poruszanego namiętnościami, czy również w osobistych decyzjach moralnych przybierających charakter faktycznego „głosu pokolenia”.
Jest to pytanie nie tylko ważne, zasadnicze, ale i bardzo trudne. O ile bowiem nie ulega żadnej wątpliwości, że ćwierć wieku naszego bycia z Janem Pawłem II wytworzyło cały system wydarzeń, które są wspólnymi wspomnieniami i wzruszeniami dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków – o tyle wciąż nie jest pewne, na ile w najbliższych latach i później czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie będą mieli imperatyw i siłę zmieniać Polskę, np. na miarę tego, czego uczył Jan Paweł II w swych wypowiedziach o „cywilizacji życia”. W każdym razie na razie ścisłe powiązanie między uczestnictwem w koncertach ku czci Jana Pawła II i gotowością do wchodzenia, gdy trzeba w konfrontację z „cywilizacją śmierci” i jej soft-propagandą – nie jest ani oczywiste, ani sprawdzone w praktyce wierności.
Możliwe zresztą, że z racji wielowątkowej obfitości dziedzictwa „Janowopawłowego Pokolenie JPII” jest jakby skazane na przyswajanie go w różnych aspektach i po części. Już dziś wśród entuzjastów tamtego pontyfikatu spotkamy i tego, kto pamięta przede wszystkim ekumenizm i spotkania w Asyżu, i tego, kto jest wdzięczny przede wszystkim za Katechizm i hamowanie posoborowej „radosnej twórczości”, i tego, kto jest wdzięczny za zboksowanie komunizmu, i wreszcie tego, kto jest przede wszystkim zafascynowany mistyką Miłosierdzia Bożego lub realizacją objawionego scenariusza fatimskiego. Wszystko to z jednego Jana Pawła II – a my wszyscy z Niego.
W Katedrze Wawelskiej zapieczętowano w sobotę akta krakowskiego etapu procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II. - Owoc naszej pracy, prawie 800 stron maszynopisu, przekażemy trybunałowi w Rzymie - mówił bp Tadeusz Pieronek, którego kard. Dziwisz wyznaczył do prowadzenia prac trybunału.
Ostatnia, 29. sesja trybunału rogatoryjnego przesłuchującego polskich świadków świętości Papieża odbyła się na Wawelu. Tak jak pierwsza, miała charakter jawny. Pozostałe objęte są klauzulą tajności, podobnie jak akta sprawy. Zapieczętowany w sobotę oryginał trafi do archiwów krakowskiej kurii i nie może być otwierany bez zgody Stolicy Apostolskiej. Kopie dokumentów pojadą do Rzymu - najpierw do diecezjalnego trybunału, a potem do watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Do Włoch dokumenty zawiezie ks. Sławomir Oder, postulator rzymskiego procesu. - Pytałem, czy muszę zapłacić za nadbagaż, ale okazało się, że zmieszczę się w wyznaczonym limicie - żartował w sobotę podczas konferencji prasowej.
Co znajduje się na prawie 800 stronach akt sprawy? Analiza dokumentów, pism i listów Papieża, które powstały w czasach krakowskich oraz zaznania świadków. Listę tych ostatnich tworzono w Rzymie. Krakowska kuria miała jednak prawo dopisać do niej kolejne osoby i - jak ujawnił bp Pieronek - tak się stało, choć “tylko w nieznacznym stopniu”. Ze względu na klauzulę tajności, nie znamy nazwisk świadków. Można tylko domyślać się, że na tej liście są najbliżsi współpracownicy Papieża z czasów krakowskich i ci, którzy np. przy okazji oficjalnych uroczystości spotykali się z nim. Bp Pieronek, odnosząc się do spekulacji prasowych, że wśród osób przesłuchiwanych byli generał Wojciech Jaruzielski oraz dwaj byli prezydenci (Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski) stwierdził: - Świadkiem mógł być każdy, kto miał coś ważnego do powiedzenia o kandydacie na ołtarze. Nie ma znaczenia, czy była to osoba wierząca, praktykująca czy ateista, ksiądz czy polityk. W końcu to był proces.
Bp Pieronek przyznał, że dla wszystkich, którzy uczestniczyli w pracach trybunału (oprócz biskupa trybunał tworzyli ks. Andrzej Scąber - sędzia pomocniczy, ks. Piotr Majer - promotor sprawiedliwości i trzej notariusze - ks. Andrzej Wójcik, ks. Mirosław Czapla i ks. Stanisław Molendys) był to czas nie tylko ciężkiej pracy, ale też wzruszeń. - To było piękne doświadczenie, na które pewnie nie zasłużyliśmy. Praca przy przesłuchaniach świadków to było niemal powtórne obcowanie z Papieżem.
Ks. Sławomir Oder nie ma wątpliwości, że proces beatyfikacyjny Jana Pawła II nie ma precedensu w historii Kościoła. Nie tylko ze względu na tempo, w jakim się toczy, ale też ilośc świadectw o cudownych uzdrowieniach i łaskach. - Niebo się otworzyło i łaski spływają bardzo obficie na ludzi, którzy zwracają się przez wstawiennictwo Jana Pawła II. To są naprawdę dziesiątki, dziesiątki sygnałów zdarzeń, które z całą pewnością w odczuciu subiektywnym osób, które o nich piszą, mają znamiona cudu, chociaż z punktu widzenia formalnego i prawnego nie można mówić o cudach. Można natomiast mówić o łaskach otrzymanych przez daną osobę - tłumaczył postulator procesu.
Wiele z tych świadectw trafia do kard. Stanisława Dziwisza, który przypomniał podczas sobotniej uroczystości, że “Jan Paweł II daje przykład miłości aż do przelania krwi”. - Mamy w pamięci tamte dni, kiedy na oczach całego świata odchodził do domu Ojca. Słyszymy jeszcze to wielkie wołanie “Santo subito!” - powiedział były papieski sekretarz.
Proces świętości
Proces beatyfikacyjny Jana Pawła II rozpoczął się 28 czerwca. Było to możliwe tylko dzięki specjalnej dyspensie Benedykta XVI, który zrezygnował z obowiązkowych pięciu lat, jakie trzeba odczekać od śmierci przyszłego świętego. Procedury kościelne nakazują, by każdy proces miał swój trybunał beatyfikacyjny. Jego członkowie przyrzekają nie ujawnić treści przesłuchań świadków i zobowiązują się, że nie przyjmą żadnych prezentów lub pieniędzy. Od momentu zaprzysiężenia trybunału o kandydacie na ołtarze można mówić “Sługa Boży”. W skład trybunału wchodzi postulator (słowo pochodzi od łacińskiego terminu “postulo”, który można tłumaczyć jako “stać przy czymś mocno”; postulator gromadzi dowody świętości kandydata), sędzia delegat, reprezentujący biskupa (w tym wypadku wikariusza rzymskiego kar. Camillo Ruiniego), sędzia “posiłkowy”, promotor sprawiedliwości (dawniej zwany adwokatem diabła, bo do jego obowiązków należało wyłapywanie np. sprzeczności z normami teologicznymi w tym, co powiedzieli i napisali przyszli święci) oraz notariusze. Krakowski trybunał powołano jako pomocniczy, by poprowadzić przesłuchania polskich świadków świętości Papieża. Kolejny trybunał pomocniczy powołano we Francji - zajmuje się badaniem prawdziwości cudownego uzdrowienia z choroby Parkinsona francuskiej zakonnicy. Ten cud wybrano spośród innych jako konieczny do potwierdzenia świętości Jana Pawła II.
Źródło: Tygodnik Powszechny, onet.pl, Gazeta Wyborcza
