61823.jpg
Poczucie krzywdy, ale i przekonanie o walce w słusznej sprawie - takie uczucia towarzyszą uczestnikom protestu robotniczego w Poznaniu w czerwcu 1956 roku. Jutro, 28 czerwca, mija 50 lat od robotniczego powstania.

W czwartek 28 czerwca 1956 roku pielęgniarka Aleksandra Banasiak opatrywała rannych w robotniczym powstaniu. Ryszard Szudrowicz w tym samym czasie rzucał butelkami z benzyną w funkcjonariuszy UB, strzelających do robotników. Dla obydwojga “czarny czwartek” był wydarzeniem, które określiło, o czym myślą dziś, chodząc ulicami Poznania.

W 1956 roku Aleksandra Banasiak miała 21 lat. Jak opowiadała, pracowała wtedy jako pielęgniarka w szpitalu miejskim nr 2 (obecnie szpital im. Franciszka Raszei).

“Wychodząc z domu nie byłam świadoma, co się dzieje. Szłam po ojca na dworzec, po zakupy. Przechodząc przez plac (ówczesny Plac Stalina, obecnie Plac Mickiewicza) zobaczyłam, co się dzieje. Gdzieś po godz. 20 zeszłam z ulicy, przestałam pomagać rannym, poszłam do szpitala i tam dalej pracowałam” - opowiadała Banasiak.

Kiedy Banasiak wynosiła spod ostrzału rannych, Szudrowicz z kilkoma innymi osobami “przeszkadzał ubekom strzelającym do robotników, atakujących budynek bezpieki”. Szudrowicz był wtedy uczniem technikum kolejowego.

“Moja chrzestna miała niedaleko kiosk z lemoniadą i słodyczami. Ona nam dawała skrzynki z butelkami, dwóch przynosiło benzynę. Robiliśmy koktajle Mołotowa i z okna naprzeciwko (budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Kochanowskiego) rzucaliśmy w nich” - mówił Szudrowicz.

Jak przyznała Banasiak, wieczorem w szpitalu najtrudniejszym zadaniem była rozmowa z ludźmi, którzy szukali swoich bliskich. Jeśli przy nazwisku przyjętego do szpitala był krzyżyk, trzeba ich było prowadzić do kostnicy…

“On przyjechał do Poznania po obrączki na ślub. Ona była w ósmym miesiącu ciąży. W sobotę miał być ślub, a on zginął na ulicy. Nie można jej było oderwać od narzeczonego. Ja tego nie zapomnę” - mówiła Banasiak.

Szudrowicz pamięta, jak zobaczył z okna kamienicy, z której rzucali butelkami z benzyną - jak od strzału pada na ulicy młody człowiek. “Znieśliśmy go do bramy. Zmarł przy nas” - opowiadał.

Aleksandra Banasiak do dziś pracuje w szpitalu, w którym 50 lat temu opatrywała robotników. Mówi, że kiedy przechodzi przez Plac Mickiewicza, myśli o euforii i podnieceniu, jakie widziała na twarzach demonstrujących robotników. “Kiedy jestem na Kochanowskiego jest mi po prostu smutno i źle” - mówi Banasiak.

Ryszard Szudrowicz jest na emeryturze, dorabia jako nauczyciel zawodu, udziela się w poznańskiej Izbie Rzemieślniczej.

“Ja mogę każdą minutę odtworzyć. Jak idę ulicą Kochanowskiego, to zawsze zauważę, że coś się na tej ulicy zmieniło od tamtego czasu” - opowiada.

28 czerwca 1956 r. poznańscy robotnicy Zakładów im. Stalina (tak wówczas nazywały się Zakłady im H. Cegielskiego) podjęli strajk generalny i zorganizowali masową demonstrację uliczną. Protestowali pod hasłami: “Chcemy chleba i wolności!”, “Precz z bolszewikami!”, “Żądamy wolnych wyborów pod kontrolą ONZ!”. W wyniku dwudniowych starć na ulicach miasta zginęło - jak wynika z najnowszych badań IPN - co najmniej 58 osób, a ok. 700 zostało rannych. Najmłodszą ofiarą zamieszek był 13-letni Romek Strzałkowski.

W czasie robotniczych protestów w 1956 r. władze wprowadziły w Poznaniu godzinę milicyjną. Aresztowano co najmniej 500 osób.

Według szacunków historyków, w pacyfikacji robotniczego buntu wzięło udział 10 tys. żołnierzy, 400 czołgów, kilkadziesiąt transporterów opancerzonych i samolotów. Do akcji zostały skierowane: 19. Dywizja Pancerna, 4. Dywizja Zmotoryzowana i 10. Sudecka Dywizja Pancerna.

Źródło: onet.pl Foto: digart.pl