Kolakowski.jpgKomunizm to wiara w to, że za pomocą środków instytucjonalnych można wprowadzić na ziemi powszechne braterstwo. To absurd. Wiedzieli to robotnicy, którzy 50 lat temu wyszli na ulice Poznania - mówi w rozmowie z “Gazetą” Leszek Kołakowski.

Dariusz Jaworski: Co Pan robił 28 czerwca 1956 r., kiedy na ulicach Poznania zginęło kilkadziesiąt osób, a kilkaset zostało rannych?

Leszek Kołakowski: Dokładnie nie pamiętam, ale wiem, że wiadomość o tym, co się dzieje w Poznaniu, dotarła tego samego dnia do Warszawy. I był to dla nas ogromny wstrząs.

Jakiś czas potem byłem z żoną w kinie. W kronice filmowej wspomniano o “poznańskich wypadkach” i wtedy zaległa całkowita cisza; zapanowało napięcie.

Do dzisiaj pamiętam ten stan napięcia: wszyscy myśleli i rozmawiali o tym, co wydarzyło się w Poznaniu. Ale nic w tym dziwnego, bo przecież był to pierwszy tak wielki bunt przeciwko komunistycznej władzy.

I w dodatku przeciwko tej władzy wystąpili robotnicy, a stało się to zaledwie kilka miesięcy po słynnym referacie I sekretarza KPZR Nikity Chruszczowa, który skrytykował kult jednostki, terror aparatu bezpieczeństwa, masowe aresztowania, torturowanie ludzi, sfingowane procesy polityczne.

- Polska, o ile wiem, była jedynym krajem w bloku komunistycznym, gdzie ta mowa została wydrukowana w osobnej broszurze dla partyjnych aktywistów - oczywiście nie była powszechnie dostępna, ale jak ktoś chciał ją przeczytać, to nie miał z tym problemów. Tekst ten szybko wydostał się na Zachód, gdzie stał się sensacją. Tamtejsi komuniści i lewica nie chcieli jednak uwierzyć, że jest to autentyczny tekst. Doświadczyłem tego, gdy w październiku tamtego roku byłem we Francji.

Jak wydarzenia poznańskie wpłynęły na Pańskie poglądy - człowieka, który wówczas był jeszcze uważany za czołowego przedstawiciela myśli marksistowskiej?

- Ja już w 1955 r. wiedziałem, że ta cała ideologia to jest kłamstwo i nonsens. Nadal uważałem się za zwolennika socjalizmu, ale nie sowieckiej ideologii. I ja, i moi przyjaciele nie wystąpiliśmy jednak z partii, sądząc - słusznie czy nie - że jest to pole, które można wykorzystać dla krytyki.

Oczywiście, nie byłem jedynym, który już przedtem uważając się za komunistę, miał świadomość, że ten ustrój oparty jest na fałszu, który przywędrował do nas z ZSRR.

Co do samego Związku Sowieckiego też nie miałem złudzeń. Erozja mojej wiary w Kraj Rad rozpoczęła się w 1950 r., gdy wraz z grupą sześciu, siedmiu kolegów (z mojej generacji Jan Jarosławski i Halina Maślińska, ze starszych Emil Adler, Nina Assorodobraj, Tadeusz Kroński, Tadeusz Szczurkiewicz) zostałem wysłany tam po to, abyśmy “u źródła” zaczerpnęli komunistycznej mądrości. To zresztą okazało się fatalnym pomysłem, bo mimo naszego młodego wieku potrafiliśmy dostrzec straszliwy upadek intelektualny - sowieccy filozofowie okazali się nieukami, a ich wykłady bezwartościową, śmiechu wartą gadaniną.

Ale nadal tej kłamliwej ideologii nie odrzucaliście.

- Myśmy ciągle wierzyli, że tak musi być, bo przecież najpierw trzeba wyeliminować wrogie siły, żeby potem rozwijać prawdziwą ideologię. Oczywiście, była to głupota.

Nic też wówczas nie wiedzieliśmy o sowieckim systemie represji. I dopiero w 1955 r. polscy komuniści, którzy jeszcze przed wojną zetknęli się z tym systemem, przeszli przez więzienia i łagry, zaczęli nam o tym opowiadać. Ale, co ciekawe - szczególnie z późniejszej perspektywy - ci ludzie mimo swoich straszliwych doświadczeń po powrocie do Polski zaczęli budować ten sam system. To byli ludzie ideowi, a ideologii komunizmu nie pozbywa się lekko. Później chcieli jednak ten system reformować.

W 1955 r. sięgnęliśmy też po rozmaite książki - zakazane - które wpłynęły na naszą świadomość. To była m.in. powieść Arthura Koestlera “Ciemność w południe” - o losach ofiar procesów stalinowskich, Orwell, pamiętnik Weissberga-Cybulskiego i inne.

Mniej więcej na rok przed wydarzeniami w Poznaniu, a potem zmianami październikowymi, nie miałem już złudzeń co do tego systemu.

Czyli referat Chruszczowa był dla Pana tylko potwierdzeniem tego, o czym Pan już i tak wiedział?

- Nie tylko. On uświadomił mi jeszcze coś. Już wtedy zastanawiałem się, po co Chruszczow powiedział o zbrodniach stalinowskich. Jako sekretarz partii na Ukrainie był również za nie odpowiedzialny! Doszedłem do wniosku, że to było jednak uzasadnione.

Otóż za czasów stalinowskich był najwyższy autorytet, przed którym wszyscy drżeli. I ludzie nawet z najwyższych pięter hierarchii partyjnej mogli w jednej chwili przenieść się do piwnic policji, bo tak zdecydował Stalin. Wszyscy żyli w strachu. Po śmierci Wielkiego Językoznawcy sowieccy aparatczycy doszli do racjonalnego wniosku, że nie wolno, aby ktoś kiedykolwiek dostał podobną władzę, jaką miał Stalin. Trzeba coś zrobić, żeby nie było drugiego Stalina, bo grozi to śmiertelnym niebezpieczeństwem wszystkim. Wobec tego Chruszczow postanowił Stalina strącić z tronu.

Zdaje się jednak, że nie przewidział skutków tego, co robi.

- Nie przewidział. On sobie może naprawdę wyobrażał, że Stalin był zły, ale ustrój jest dobry; że popełniono błędy, ale teraz, dzięki kolektywnemu kierownictwu, będzie lepiej. On nie chciał zmienić tego, co najważniejsze - wszechmocy partii, choć z pewnością chciał złagodzić stalinowski system represji, bo w końcu kilka milionów ludzi wyszło wtedy z łagrów.

Ale Chruszczow nie spodziewał się, że te jego zmiany nie usprawnią systemu, ale doprowadzą go na skraj przepaści. Okazało się bowiem, że jego dzieło zrujnowało panującą ideologię, a to właśnie ideologia była spoiwem, które pozwalało trwać temu systemowi. Bez ideologii nie można się było obejść.

Wiadomo, że systemy totalitarne muszą mieć obowiązującą ideologię, bo jest ona jedynym narzędziem legitymizacji państwa. Dlatego upadek ideologii rodzi ogromne niebezpieczeństwo, bez względu na to, czy i kto wierzy w tę ideologię. I takie niebezpieczeństwo dla systemu sowieckiego pojawiło się po mowie Chruszczowa.

Ten wielki ideologiczny niepokój dało się wyczuć również w Polsce - i to tuż przed Czerwcem’56. Nie było autorytetu, nie było spoiwa, na którym partia by stała. Czuło się, że system jest osłabiony, że się zachwiał.

Myślę, że Czerwiec był w pewnym sensie wynikiem wstrząsu po mowie Chruszczowa, który bardzo osłabił i zdekomponował aparat partyjny. Nikt nie był niczego pewien; nikt nie wiedział, na czym stoi, co może robić. Ludzie to poczuli - poczuli, że dotychczas wszechwładny aparat partyjny jest osłabiony. I to między innymi sprawiło, że wyszli na ulice.

Strony: 1 2