z3432157G.jpgAle dlaczego akurat na ulice Poznania?

- Takie rzeczy są zawsze zbiegiem przypadkowych, nieprzewidywalnych okoliczności. Sytuacja w Poznaniu chyba szczególnie nie różniła się od sytuacji w innych dużych polskich miastach.

Wydarzenia 28 czerwca 1956 r. do dzisiaj nie doczekały się jednolitej nazwy i to nawet wśród historyków. Określa się je najczęściej mianem “wypadków”, “rozruchów” czy “buntu”. W samym Poznaniu jednak coraz częściej nazywa się je “powstaniem” - Czerwcowym Powstaniem. Czy to było kolejne polskie powstanie?

- Powstanie to raczej ruch zbrojny, który został przez kogoś przygotowany i przeprowadzony. W Poznaniu, z tego co wiem, nikt nie planował wystąpienia zbrojnego, walki wybuchły przypadkowo i były dość chaotyczne. Ja bym nie używał słowa “powstanie”, może raczej “bunt” właśnie.

Jak na rozkład ideologiczny PZPR zapoczątkowany przemówieniem Chruszczowa wpłynął poznański Czerwiec?

- Z pewnością go przyspieszył. Wprawdzie zszokowane tym, co się stało, władze partii najpierw próbowały bronić się w starym stylu - jak np. premier Józef Cyrankiewicz, który w przemówieniu radiowym 29 czerwca straszył, że “każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie” - ale poznańska eksplozja wywołała w nich ogromny wstrząs. Przeciwko ludowej władzy wystąpiły nie “karły reakcji”, tylko robotnicy, a więc “awangarda rewolucji”. To wzmagało wewnątrzpartyjny ferment i podniecało walki frakcyjne.

Obecność Gomułki była w pewnym sensie opatrznościowa, bez niej zapewne doszłoby do zupełnego rozkładu partii i sowieckiej inwazji - byliśmy i tak o krok od tej inwazji.

Czy gdyby nie było Czerwca, to byłby Październik?

- Na pytania typu: “Co by było gdyby?” właściwie nigdy nie będziemy znali odpowiedzi.

Racjonalnie wolno jednak powiedzieć, że przyczyniając się do przyspieszenia rozkładu ideologii i partyjnego aparatu, Czerwiec bez wątpienia wpłynął na to, co stało się w Październiku.

Jak wiemy, przejęcie władzy przez Gomułkę w październiku 1956 r. odbyło się bez rozlewu krwi, na co z pewnością wpływ miała pamięć tego, co kilka miesięcy wcześniej stało się w Poznaniu, oraz groźba inwazji sowieckiej. Gomułka przez znaczną część narodu uważany był za tego, który może przywrócić suwerenność Polski, a nawet demokrację - ta nadzieja była oczywiście naiwnością - a przez aparat za tego, kto jest w stanie zatrzymać proces rozpadu partii i zdobyć zaufanie Sowietów.

Stan wiedzy na temat wydarzeń Czerwca ‘56 i świadomość jego znaczenia dla historii Polski są w naszym społeczeństwie bardzo słabe. Widać to choćby po liczbie publikacji czy zawartości szkolnych podręczników. Dość powiedzieć, że na jego temat ukazały się zaledwie trzy obszerniejsze książkowe opracowania, z czego jedno w tym roku. Ludzie pamiętają i często piszą o Marcu ‘68, Grudniu ‘70 czy Czerwcu ‘76, a tymczasem nawet intelektualiści o Czerwcu ‘56 wiedzą czasami tylko tyle, że… miał miejsce. Czy warszawski Październik - obok innych ważnych dat - nie wyparł z powszechnej świadomości historycznej poznańskiego Czerwca?

- Październik z pewnością go przyćmił, a przez to w pewnym sensie - i tu zgadzam się z panem - trochę wyparł z naszej świadomości.

Dlaczego?

- Sam się nad tym zastanawiam, choć nie jestem historykiem. I boleję nad tym, że tak mało mówi się i pisze o Czerwcu w sytuacji, gdy Polacy tak bardzo kochają swoją historię - w dodatku tę jej martyrologiczną stronę.

Mogę jedynie pokusić się o określenie zależności między tymi dwoma wydarzeniami 1956 r. Otóż Czerwiec wstrząsnął Polską, a Październik ją zmienił.

Czy uwierzył Pan w Październik?

- Ja wierzyłem, że zmiany, które niósł ze sobą Październik, będą dobre dla Polski. Nie wierzyłem jednak, że Gomułka jest demokratą i że przywróci niezawisłość naszego kraju. Wiedziałem, że musimy żyć w granicach sowieckich restrykcji, które są nam narzucone, ale w których może być lepiej lub gorzej.

Gomułka oczywiście bardzo szybko porzucił październikowe hasła, ale np. w kwestiach kulturalnych restrykcje były słabsze. Oczywiście nadal nie wydawano Orwella czy Koestlera, ale wiele książek zachodniej literatury można już było legalnie kupić. I to chociażby różniło ten czas od czarnych lat stalinowskich. Pamiętam, jak wielkim wydarzeniem w Warszawie było wystawienie sztuki Becketta “Czekając na Godota”.

Niedługo potem Gomułka mianował mnie przywódcą rewizjonistów, straciłem resztę złudzeń. Z partii jednak sam nie odszedłem, tylko mnie wyrzucono. Ale do więzienia mnie nie wsadzono. Gołym okiem widać było, że ten ustrój jest coraz bardziej zmurszały.

Od obu wydarzeń 1956 r. do upadku komunizmu w Polsce minęły jednak aż 33 lata.

- Tak, Sowieci nadal byli bardzo silni i kolejni polscy pierwsi sekretarze dzięki nim sprawowali władzę. Z czasem ta władza stawała się własną karykaturą. Tak było z Gomułką, dzielnym, ideowym komunistą, ale człowiekiem nierozumnym i ograniczonym, którego wiara w to, że zreformuje ten ustrój, była absurdalna. Po nim przyszedł Gierek, na początku podobnie jak Gomułka obdarzony pewnym kredytem zaufania. Gierek i jego aparat nie wierzyli już jednak w tę fikcyjną ideologię, a jedynie starali się jak najdłużej utrzymać przy władzy. Udało im się to do czasu narodzin “Solidarności”. A potem, czyli od wprowadzenia stanu wojennego, były już tylko represje: najpierw bardzo silne, a potem coraz słabsze im bliżej 1989 r. W ideologię komunistyczną już nikt nie wierzył, bo uległa całkowitej kompromitacji.

Czy ta kompromitacja pozwala mieć nadzieję, że ideologia komunistyczna już nigdy się nie odrodzi?

- Myślę, że nie. Oczywiście, największa kompromitacja tej ideologii nastąpiła w krajach dawnego bloku sowieckiego, ale na Zachodzie ciągle pojawiają się próby jej rehabilitacji. Wprawdzie poza Rosją nikt nie próbuje rehabilitować Stalina, ale za to komunizm jako pewną abstrakcję - tak.

Dlaczego?

- Ponieważ ci ludzie nadal wierzą, że można ustanowić taki ustrój, w którym będzie panowało powszechne braterstwo. I takim ustrojem, który zinstytucjonalizuje braterstwo, ma być komunizm.

My, którzy przeszliśmy przez komunizm, wiemy jednak, że każda próba instytucjonalizacji braterstwa kończy się degeneracją. Niemniej sama potrzeba braterstwa ludzkiego to jest utopia, której mimo naszej wiedzy o tym, co się stało, nie trzeba i nie można niszczyć. Rozumiem tych, co chcą tę utopię wskrzesić.

Ale utopia powszechnego braterstwa jest w chrześcijaństwie. Po co więc wskrzeszać ją w samodegenerującym się komunizmie?

- Tak, chrześcijaństwo mówi nam o tym, żebyśmy się wzajemnie miłowali. Ale, po pierwsze: to ma być wzajemne miłowanie ludzi z nakazu Boga, z nakazu Jezusa Chrystusa. Trzeba więc najpierw wyznawać tę wiarę, żeby ów nakaz przyjąć i żeby go praktykować. Po wtóre: chrześcijaństwo nigdy nam nie obiecywało szczęścia na ziemi. Wzywało, abyśmy się wzajemnie miłowali, ale nie gwarantowało nam żadnego doskonałego ustroju. Tymczasem komunizm był i jest nie tylko ideą powszechnego braterstwa, ale i absurdalną wiarą, że to braterstwo można za pomocą środków instytucjonalnych wprowadzić tu na ziemi. Wynik tych działań, o czym doskonale wiedzieli robotnicy, którzy 28 czerwca 1956 r. wyszli na ulice Poznania, jest dokładnie przeciwny oczekiwaniom utopistów.

Komunizm w ścisłym sensie wymyślili apostołowie Jezusa, którzy, jak wiemy, wszystko mieli wspólne. Ale ten komunizm był dobrowolny, w odróżnieniu od leninowskiego. Dobrowolny komunizm był też praktykowany w izraelskich kibucach, w niektórych klasztorach i sektach. Nie możemy jednak liczyć na to, że cały świat dobrowolnie zmieni się w kibuc albo klasztor.

Sądzę jednak, że utopia jest niezbywalną częścią życia ludzkiego. Dlatego też ludzie zawsze będą po nią sięgali. Oby tylko nigdy więcej nie zgotowali innym takiego losu, jak ci, którzy kiedyś tak bardzo uwierzyli w komunizm.

*Prof. Leszek Kołakowski (ur. 1927) - filozof, historyk filozofii. Do 1968 r. profesor Uniwersytetu Warszawskiego, usunięty po wydarzeniach marcowych. Po wyjeździe z Polski wykładał w Yale, Berkeley, Chicago i Oksfordzie. Wydał m.in.: “Świadomość religijna i więź kościelna”, “Kultura i fetysze”, “Obecność mitu”, “Główne nurty marksizmu”, “Czy diabeł może być zbawiony”, “Jeśli Boga nie ma…”, “Bóg nam nic nie jest dłużny”, “Mini wykłady o maxi sprawach”, “O co nas pytają wielcy filozofowie”

* W środę w “Gazecie” z okazji 50. rocznicy Czerwca ‘56 specjalna wkładka “Poznań był pierwszy”, a w niej o tym, co zdarzyło się wtedy w Poznaniu, co do tego doprowadziło i jakie były skutki poznańskiej rewolty - m.in. Adam Michnik, prezydent Lech Kaczyński, Wiesław Władyka i Paweł Machcewicz, a także wiersz Kazimiery Iłłakowiczówny

Rozmawiał Dariusz Jaworski
Źródło: Gazeta Wyborcza

Strony: 1 2