Przychodziła do mojego domu w Falenicy pani, taka opuszczona. Zawsze mówiła, że jestem dla niej ważna, jestem jej siostrą. Tak mnie traktowała… Ona już nie żyje. Ciągle mi jej brakuje, ciągle wydaje mi się, że tu przychodzi, że się myje, że ją karmię. Takie przeżycia z ludźmi uświęcają, stajemy się lepsi – wspomina pani Teresa Kraus. Choć jest już na emeryturze, nie nudzi się ani nie spędza całych dni przed telewizorem. Czas wykorzystuje pomagając innym, tym najbardziej potrzebującym. Pani Teresa nie jest jedyna - wolontariat staje się sposobem na emeryturę coraz większej liczby kobiet.

Człowiek potrzebuje człowieka

Pani Teresa ma ponad 60 lat, ale w pracę na rzecz innych angażowała się odkąd pamięta. Znaleźć się tam, gdzie można pomóc potrzebującym, zwłaszcza starszym, którzy sami nie dają sobie rady w życiu, to była dla niej potrzeba duchowa. Bo, jak mówi, człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Nawet, gdy pracowała zawodowo (jako technik chemik w Państwowym Zakładzie Higieny) i wychowywała dzieci, wolny czas spędzała pomagając siostrom miłosierdzia w grupie charytatywnej działającej przy parafii. - Zajmowałam się kuchnią i wszystkim, czym się trzeba było zająć. Rozdawałam posiłki, zmywałam naczynia… – wymienia. - Przychodziło bardzo dużo osób, biednych, którzy spędzali z nami całe dnie. Brudni, zawszeni… Zajmowaliśmy się nimi, pomagaliśmy się myć. Wychodzili odnowieni, w czystych ubraniach. To była trudna praca. Dlaczego ją wykonywała? - Bo największa wartość w życiu to drugi człowiek, to dar – mówi z przekonaniem.

Pomaganie drzemało od zawsze także w pani Teresie Klimek. Młodemu, staremu, każdemu, kto tylko potrzebował. – Może to kwestia wychowania, jakie odebrałam? - zastanawia się. Była kobietą pracującą (technik ekonomista), wychowywała dziecko, ale bez większego problemu godziła to z niesieniem pomocy. - Miałam sąsiadkę, starą, biedną. Jak zostawało mi jedzenie, to jej dawałam - opowiada. – Druga pani była nie chodząca. Kupiłam od niej swoje pierwsze mieszkanie. Jej własne dzieci jej nie chciały, oddały do domu starców. Pisała do nas listy, piękne rzeczy nam opisywała. Nazywała nas swoimi dzieciakami, a na mojego syna mówiła wnuczuś.

Pani Teresa zawsze czuła, że ludzie jej potrzebują, czekają na nią. - Komuś sprawiam przyjemność, chce mu się żyć. A to niewiele kosztuje, prawda? – upewnia się. Jest rencistką, ma chore serce i osteoporozę, ale szybko zaznacza, że objawy nie są aż tak silne, żeby jej dokuczały, więc o tym nie myśli. Przecież może z siebie jeszcze coś dać!

Nie kryje, że do zorganizowanego wolontariatu przystąpiła także dla samej siebie. Trzy lata temu przeprowadziła się do Warszawy. Nie znała tu nikogo i dowiedziała się, jak może doskwierać samotność. - To okropne uczucie, nie miałam do kogo buzi otworzyć. Zimą czasem nawet przez trzy tygodnie z domu nie wyszłam - opowiada. Wtedy dowiedziała się o stowarzyszeniu „mali bracia Ubogich”, w którym wolontariuszami i podopiecznymi są ludzie starsi.

Do stowarzyszenia trafiła także pani Klara Fijewska, emerytowana aktorka. Ma 88 lat i mimo wieku niesłabnący zapał do niesienia pomocy! Kiedyś powiedziała w towarzystwie, że skoro nie pracuje już w teatrze, to mogłaby zostać lektorką. Bardzo żałowała, że ten zawód już nie istnieje. Wtedy znajoma zaproponowała jej czytanie na głos starszemu, niedowidzącemu panu. Spotykali się dwa razy w tygodniu, po dwie godziny, przez trzy lata. On słuchał, ona czytała, głównie Norwida. Dziś mówi o nim „mój przyjaciel”. Kiedy starszy pan nagle zmarł, pani Klarze zaczął doskwierać brak pracy. Zwierzyła się z tego wnuczce, która znalazła w Internecie stowarzyszenie “mali bracia Ubogich”. - Zawsze lubiłam ludzi starszych. Nie obchodziło mnie, ile kto ma lat, interesowała mnie wzajemność dusz, dążenie do lepszego życia - opowiada. - Jeśli starsi byli gdzieś w pobliżu, to udzielałam się, rozmawiałam z nimi.

Od Halinki do Irenki

Osamotnienie to częsty powód podejmowania działalności w wolontariacie. Pani Joanna Heering w pomoc innym zaangażowała się dopiero po śmierci męża. Wcześniej nie miała z tym nic wspólnego, ale trzy miesiące po tym, jak została sama, doszła do wniosku, że przecież może jeszcze z siebie coś dać, zająć się czymś pożytecznym. Wybrała opiekę nad starszymi, bo właśnie od nich sama doznała najwięcej serca, od swoich babć.

Strony: 1 2 3