Każdy, jeżeli tylko chce, może zarobić pieniądze na giełdzie – uważa 84-letnia Ingeborg Mootz. Niemiecka emerytka odniosła finansowy sukces i dzięki zdobytej fortunie zamierza teraz uszczęśliwić nie tylko siebie. Historia Ingeborg Mootz to przede wszystkim cyfry. Na początku 1000 akcji o wartości 60 tysięcy marek, które dość szybko powiększyły się do 2000 nowych akcji albo 155 tysięcy marek. Te z kolei rozrosły się do 4350 akcji, za które ich właścicielka zainkasowała 6684 marek dywidendy. A po wielu kolejnych liczbach pojawiła się suma pół miliona euro.

Gdy przed kilkoma miesiącami Johannes B. Kerner zaprosił Ingeborg Mootz do ZDF (popularny talk-show w telewizji publicznej – przyp. Onet), chodziło mu głównie o cyfry. Obok starszej pani siedział aktor Maximilian Schell, prezenter telewizyjny Kai Pflaume i boksujący bracia Klitschko. Kerner kazał sobie wyliczyć, ile 84-letnia Ingeborg Mootz naprawdę zarobiła na giełdzie. Uczestnicy programu śmiali się wyrozumiale, gdy opowiadała im, że liczby nie są specjalnie interesujące, bo każdy, jeżeli tylko chce, może zarobić pieniądze na giełdzie. Jednak to, co mówiła, nie było tak interesujące jak właśnie liczby. Brzmiało też zbyt prosto, aby mogło być prawdziwe. Jednak w przypadku Ingeborg Mootz rozmawianie tylko o cyfrach byłoby zbyt dużym uproszczeniem.

Wszystko zaczęło się od kłótni

Kiedy się zrozumie, na czym Ingeborg Mootz naprawdę zależy, liczby nie wydają się już istotne. Ważne są jej deklaracje w rodzaju: „Pragnę wyciągnąć ludzi z zaklętego kręgu biedy“. Początkowo takie stwierdzenia w ustach starszej damy z Gießen wydają się śmieszne, ale ta dama ma do wypełnienia misję.

Zanim ją odkryła, Ingeborg Mootz, urodzona w Wilhelmshaven, chodziła do szkoły podstawowej, potem nie wyuczyła się żadnego zawodu i przez długie lata pielęgnowała chorą matkę. Następnie wyszła za mąż, urodziła córkę. Jej małżonek był prokurentem, ona zajęła się domem. U schyłku lat siedemdziesiątych między małżonkami doszło do kłótni. W jej trakcie mąż powiedział Ingeborg, że jest zbyt głupia, aby zarabiać pieniądze. Wtedy pomyślała, że już ona mu pokaże. W ciągu trzech tygodni zdobyła zawód doradcy finansowego i rzeczywiście zaczęła zarabiać. Potem jednak była bardzo długo chora i ponownie zabrała się do dzieła, gdy w 1997 roku zmarł jej mąż, zostawiając po sobie tysiąc akcji. To od nich wszystko się zaczęło, od punktu, który dla wielu oznacza raczej koniec.

Ingeborg Mootz chciała sprawdzić, czy nie można tych akcji pomnożyć. Dziś, dziewięć lat później, ma pół miliona euro, wizytówkę z napisem „bez strachu przed akcjami“ oraz licznych wielbicieli i zwolenników. Jej telefon dzwoni bez przerwy, nie jest więc tak łatwo z nią porozmawiać. Wprawdzie pani domu nie podnosi słuchawki, ale zapowiedź nagrana na automatycznej sekretarce jest dość głośna. Trochę trwa, zanim Mootz za pośrednictwem taśmy magnetofonowej wyjaśni, ile kosztuje jej książka poświęcona giełdzie i jak można ją otrzymać. Mianowicie drogą pocztową, płacąc z góry całą sumę. Do książki z jej własnego wydawnictwa dołączony jest wykonany przez nią własnoręcznie egzemplarz broszury informującej o kilku firmach. Powielone strony dostarcza jej zakład ksero, dwie przecznice od domu. Ingeborg Mootz nie ma drukarki ani nawet komputera.

Mówi, że dziennie przyjmuje zamówienia na 15-20 książek. Dlatego właśnie w pokoju często włącza się automatyczna sekretarka. W tym czasie nie ma nic innego do roboty, jak rozejrzeć się po mieszkaniu i odkryć białą fokę w czapeczce, żółtą kaczkę i szarego misia koalę, a do tego różne lalki poustawiane na dwóch obitych pluszem kanapach. Można też przypatrzyć się samej Ingeborg Mootz, jej krótko obciętym włosom, pokrytej zmarszczkami twarzy, z której wydobywa się nieco drżący, ale zdecydowany głos.

Strony: 1 2