Premier nie poparł pomysłu, by pieniądze składane przez Polaków w Otwartych Funduszach Emerytalnych, trafiły w przyszłości do państwowego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – dowiedzieliśmy się nieoficjalnie. Taki los dla składek osób przechodzących na emeryturę szykowała minister pracy Anna Kalata z Samoobrony.

Jej projekt trafi do kosza. O takiej decyzji premier Jarosław Kaczyński miał poinformować minister finansów Zytę Gilowską w poniedziałek, na spotkaniu organizowanym w ramach przeglądu resortów.

Oznacza to, że zgodnie z dotychczasowymi przepisami, nasze pieniądze nawet gdy przejdziemy na emeryturę będą inwestowane przez fundusz jaki sami sobie wybierzemy, a nie przez ZUS – jak chciała minister Anna Kalata.

Przeciwko “zamachowi na emerytury” wymyślonemu przez Kalatę od początku sprzeciwiała się wicepremier Zyta Gilowska, szefowa resortu finansów. Mówiła, że ZUS nie poradzi sobie z inwestowaniem miliardów złotych pochodzących z OFE, bo nie w tym celu został stworzony.
ZUS nie jest w stanie inwestować składek tak korzystnie jak prywatne firmy, bo nie był do tego tworzony: nie ma ani kadr ani narzędzi – potwierdzał prof. Marek Góra, twórca reformy emerytalnej z 1999 roku.

Premier dotychczas unikał rozstrzygania tej sprawy, by nie pogarszać kontaktów w koalicji, zwłaszcza przed głosowaniem nad szefem NBP. Minister Kalata pozna pewnie jego decyzję podczas planowanego na ten tydzień przeglądu resortu pracy.
Projekt minister pracy nie został wpisany w plany rządu i na razie nic nie wskazuje na to by miał się tam znaleźć – przyznaje minister z kancelarii premiera Przemysław Gosiewski.

Dziś wszystkie emerytury wypłaca ZUS i KRUS. Za dwa lata Polacy oprócz świadczeń z ZUS (tzw. I filar) będą dostawać również świadczenia z wybranego przez siebie OFE (II filar). Kilkanaście funduszy działających na rynku zgromadziło już 110 mld zł ze składek emerytalnych.

Kalata tłumaczyła, że obsługa II filara przez ZUS byłaby kilkukrotnie tańsza niż przez prywatne firmy, nie brała jednak pod uwagę ciągłych dopłat do ZUS z budżetu państwa, a więc naszych podatków. Emeryci obawiali się, że rząd w razie potrzeby pożyczałby ich składki z państwowego zakładu – jak robił to nieraz przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Pieniędzy nie musiałby nawet fizycznie zabierać – wystarczy, że ZUS pod naciskiem rządu - lokowałby składki w rządowe inwestycje czy obligacje, mniej opłacalne niż na wolnym rynku.

Źródło: NaszeMiasto.pl