zlotywiek.jpgNiektórych namówiły wnuki, innych koledzy w związku kombatantów. 19 stycznia w Tczewie odbyła się III edycja wyborów Miss i Mistera Złotego Wieku organizowanych przez Polski Komitet Pomocy Społecznej, jedyna taka impreza w Europie. Wzięło w niej udział 16 seniorów powyżej 70. roku życia. Sami projektowali i szyli stroje. Przygotowali scenki teatralne i pantomimiczne. Pracowali z instruktorem tańca, ze stylistami i z fryzjerami. Trenowali sześć tygodni. Na wielką galę zaproszono władze miasta, organizacje pozarządowe i dziennikarzy. Wśród nagród był rejs do Szwecji, wczasy w Krynicy, ale także węgiel na zimę, abonament gazetowy, talon na chleb, basen lub fryzjer na cały rok. - Trenowaliśmy ciężko - mówi Henryk Mayer, tegoroczny mister. - Ale warto było. Pięknie to wszystko wyszło… Na przyszły rok żona już się zapisała. Jeszcze będą z nas ludzie!

- Kiedyś zobaczyłam, jak stary człowiek mówi do bankomatu. Przechodnie się śmiali; mnie to zatrwożyło. Postanowiłam oswoić ich z nowym światem techniki. Komputer, dyktafon, bankomat, komórka. Teraz SMS-y dostaję o każdej porze. Nie mogą spać, to piszą. ‘Kochana, złocieńka, o której mamy jutro spotkanie?’ - esemesuje pan Alfons, lat 87, o trzeciej w nocy - opowiada Julita Jakubowska, prezes PKPS w Tczewie.

Na zajęcia z komputera przychodzą często z wnukami. 50-letnie dzieci zwykle nie znają się na komputerze, więc babcia i wnuk zakładają koalicję. Zdarza się, że dostają pod choinkę komputer - wtedy mailują, surfują i zapraszają inne babcie na prywatne lekcje.

Na zajęcia Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej w Tczewie codziennie przyjeżdża pani Maria. - Byłam rolniczką, wykształcenie mam podstawowe - opowiada. Mieszka pod Tczewem, ma siedmioro dzieci, 17 wnucząt, pięcioro prawnuków. Piąty rok jest wdową. - Mąż pracował, ja prowadziłam gospodarstwo i wychowywałam dzieci. Potem pomagałam dzieciom wychowywać wnuki. Napracowałam się w życiu. Wreszcie postanowiłam robić to, na co miałam ochotę. Powiedziałam dzieciom: ‘Niech każdy sam wychowuje swoje dzieci. Teraz jest czas dla mnie. Jeśli chcecie się ze mną umówić, to wieczorami albo w weekend’. Sąsiedzi zazdroszczą, że ruszyłam w świat, podziwiają, że się na to zdobyłam.

PKPS w Tczewie organizował rejs statkiem z Gdyni do Gdańska. - Podchodzi do mnie 87-letnia pani Marta, przerażona: ‘Pani dyrektor! Statkiem?’ - opowiada Julita Jakubowska, prezes PKPS w Tczewie. - Mieszkała na przedmieściach Tczewa, wszędzie miała blisko i przez całe życie nie jechała nawet autobusem. Nie spała całą noc, rano przyszła pierwsza, oznajmiła, że z nerwów ma biegunkę. Ja po węgiel do apteki. ‘Pani Marciu, proszę się nie denerwować, będę przy pani siedziała, wszystko będzie dobrze’. Wycieczka się udała. Większość z nich nigdy nie widziała morza, mimo że przez całe życie mieszkali 30 km od wybrzeża - dodaje Julita. - Uczymy się języków. Właśnie załatwiam stypendia do Holandii. Chodzimy na aerobik wodny. Pewna 72-latka przepływa 27 basenów za jednym razem. Co poniedziałek mamy gimnastykę. Jeździliśmy na koniach, ostatnio powstała grupa rowerowa. Właśnie wprowadzamy zajęcia ze zdrowego żywienia i otwieramy kawiarenkę Senior. Chodzimy razem do kina i teatru. Wymyślili program ‘Poznaj swojego sąsiada’ - spisujemy wspomnienia, rozmawiamy o historii tych ziem, urządzamy wystawy prac artystów tczewskich. W ramach programu ‘Senior bliżej Europy’ przygotowali prezentacje na temat każdego kraju Unii, przebierali się w stroje ludowe, gotowali, bawili się w eurosceptyków i eurooptymistów.

Pracowałam w fabryce przekładni samochodowych w Tczewie - opowiada pani Miecia. - Najpierw w biurze, ale mąż miał 29 lat, jak zachorował i przeszedł na rentę. Przez siedem lat był sparaliżowany, a mieliśmy czwórkę dzieci. Więc nie patrzyłam, że mam wykształcenie, tylko zeszłam na produkcję, bo trzeba było rodzinę wyżywić. Pracowałam na akord. Żeby więcej zarobić, robiłam kolejne kursy - jestem wiertaczem, frezerem, szlifierzem, ślusarzem. To cały mechanik. Dzieciaki się wykształciły, a ja sama zostałam. Mąż już 20 lat nie żyje. Przeszłam na emeryturę i ryczałam: ‘Boże, przecież jestem jeszcze młoda!’. I zostałam siostrą PCK. Teraz i na angielski chodzę, i na komputery, i na taniec, i aerobik. Córka mi kupiła komórkę, bo na stacjonarny nie może się dodzwonić. Mam dużo sąsiadek wdów. Prosiłam: ‘Dziewczyny, chodźcie ze mną’, ale one wolą na podwórku wypić kawę, gadu-gadu. ‘Gdzie ty znowu lecisz?’ - wołają za mną. Ale podziwiać, podziwiają: ‘Byliście wczoraj w telewizji!’. Bo w tej naszej tczewskiej często nas pokazują.

Najtrudniej namówić panów. Domatorzy. Ale często są chorzy. Ich żony przychodzą na zajęcia, żeby psychicznie odpocząć. - Dawniej córki opiekowały się starymi rodzicami - mówi Julita. - Teraz wyślą czasem SMS-a i na tym koniec. Rodzina wielopokoleniowa się rozsypuje. Dlatego trzeba zbudować system samopomocy, oparcia w środowisku rówieśników. Bo nawet gdy rodzina pomaga, rówieśnik lepiej zrozumie. Nie popadają w depresję, nawet gdy spotka ich tragedia. Pewien pan 20 lat temu stracił głos, po dwóch latach spotykania się z nami zaczął mówić. Trzeba dać powody do życia, jeśli sam człowiek nie może ich znaleźć.

Dobrze działają konkurujące ze sobą grupy. Wtedy się chce, ludzie nawzajem się napędzają, a w grupie tworzy się więź. Tych najbardziej nieznośnych, konfliktowych chwalę, kiedy tylko zauważę, że coś dobrze zrobią. Wieszam na ścianach dyplomy, daję punkty za dobre zachowanie. Przeniosłam techniki pracy z dziećmi na pracę z seniorami. To proste reguły, ale działają.

Najstarsza para taneczna ma 86 i 85 lat. - Ja bym już, prawdę mówiąc, tego chłopinę w domu zostawiła - przyznaje Miss Złotego Wieku 2005 i wiceprezes PKPS Zofia Petka. - Zespół powstał dzięki środkom unijnym, więc pojechaliśmy do Brukseli pokazać, co umiemy. Tańczyliśmy w Parlamencie Europejskim!

- Dużo się u nas w klubie ludzi pożeniło - mówi Zosia. - Po ślubie często pani nie chce już pana na tańce puszczać - śmieje się. - Ja też się jednemu spodobałam i widzę, że on żenić się chce. A on mieszkanie oddał synowi i chciał wprowadzić się do kogoś, żeby mu gotować i opierać. A idź ty, chłopie! O nie, już ja tego błędu nie zrobię! Teraz to ja lubię po świecie jeździć!

W zeszłym roku, kiedy odbywały się wybory miss, leżałam w szpitalu po operacji kolana - opowiada pani Lusia. - Poprosiłam panią ordynator o przepustkę. Zostałam Miss Humoru, bo przebrałam się za pszczółkę Maję. Wieczorem wróciłam do szpitala, a siostry: ‘Jezus, nasza pacjentka, przed chwilą widziałyśmy panią w telewizji!’.

- O chorobach staramy się nie mówić - mówi Julita. - Histerycy nie mają u nas czego szukać. Jak człowiek jest stary i chory, to potrzebuje oparcia i kontaktu, a nie litości. Każda osoba, która wraca po chorobie, jest bardzo przydatna. Dowodzi, że można się nie poddać. Mnie też raz dopadła choroba. Wylądowałam w szpitalu. Wirus zaatakował oko. Przestałam widzieć i nie wiadomo było, czy będę jeszcze kiedykolwiek widziała. Rano usłyszałam muzykę - przed szpitalem grała kapela 50 moich seniorów.

Ostatnio jest dobrze. Tak nie umierają, w zeszłym roku tylko dwie osoby. Jedna miała wylew, w poniedziałek była na tańcach, we wtorek już nie żyła. Wiozłam ją do szpitala i jeszcze w czasie jazdy ze mną żartowała. Do Piotra trzeba iść tanecznym krokiem…

Monika Redzisz
Fot. Zorka Project
Źródło: Wysokie Obcasy