Dzieje amerykańskiej Pokojowej Brygady Babć
Inne
Grupa babć chcących zaciągnąć się do armii – czyż to nie brzmi jak świetny początek scenariusza filmowego? I czy samo słowo „babcia” nie brzmi magicznie? Jest w nim ciepło, które sprawia, że ludzie chcą słuchać. A jest czego – chodzi o strach przed losem wysłanych do Iraku wnuków.
Szły od strony 42. ulicy na Manhattanie. Żołnierze z obsługi punktu rekrutacyjnego U.S. Army na Times Square zostali wprawdzie poinformowani, że tego dnia – 17 października 2005 r. – przed budynkiem ma dojść do jakiejś ‘pikietki’ pań. Ale nikt z nich nie sądził, że będą w tak słusznym wieku. I że przyjdzie ich aż tyle.
Na czele pochodu szła obwieszona pacyfistycznymi znaczkami 77-letnia dziś Betty Brassel. Ledwo ją było widać zza balkonika, którym się podpierała. Za nią w zwartym szyku kroczyły koleżanki. Był też ich prawnik Norman Siegel, ongiś szef Nowojorskiej Unii Swobód Obywatelskich, który tak wspomina końcówkę marszu: – Betty spytała mnie cichutko: ‘Co będzie, jak nas naprawdę zapiszą?’. Odpowiedziałem, że jeśli tak się stanie, będą musiały pojechać na wojnę. Myślałem, że się przestraszy, ale ona uśmiechnęła się tylko i zwróciła do koleżanki słowami: ‘Joan, a ty wolisz marynarkę, czy piechotę? Bo ja mam chrapkę na siły powietrzne!’.
Kilkadziesiąt członkiń i sympatyczek organizacji Grandmothers Against the War (Babcie Przeciwko Wojnie) – w wieku między 49 a 91 lat, większość siwiutkich, podpierających się laskami i balkonikami – szło tego dnia do punktu rekrutacyjnego, aby zaciągnąć się do armii i wyjechać do Iraku. – My już jesteśmy stare ramoty – mówiły. – Swoje w życiu przeszłyśmy, doczekałyśmy się wnuków, a niektóre z nas nawet prawnuków. Niech Bush wyśle na wojnę nas, a nie te dzieciaki, które dopiero zaczynają naprawdę żyć.
Żołnierz z obsługi punktu, nie odrywając wzroku od nadchodzącej grupy, przezornie zamknął od środka główne wejście do budynku…
