130 km na wózku inwalidzkim
Sport
Podczas zwykłego maratonu, nawet zdrowy człowiek w którymś momencie ma kryzys. A ja pokonałem trzy maratony jednego dnia - mówi Krzysztof Jarzębski, niepełnosprawny który w przejechał 130 km na wózku inwalidzkim z Warszawy do Jeżowa. Marzy o paraolimpiadzie w Pekinie, w ten sposób chce pozyskać sponsorów i kupić profesjonalny, sportowy wózek.
Bogdan Bukowiecki: Kiedy zainteresował się Pan sportem?
Krzysztof Jarzębski: - Uprawiałem lekkoatletykę, jeszcze przed tym, jak zacząłem poruszać się na wózku.
Jak wygląda Pana trening?
- Trenuję bardzo systematycznie. Codziennie rano o godz. 5, jeżdżę około godziny z opaskami obciążającymi na przegubach. Na godzinę 10 idę do klubu AZS w Łodzi, gdzie ćwiczę trzy godziny na atlasie. Wieczorem - od dwóch do trzech godzin jazdy. Tak wygląda mój każdy dzień, światek-piątek, niezależnie od pogody.
Przejechał Pan 130 km jednego dnia. Czy to Pański rekord?
- Tak. Nie słyszałem, żeby ktokolwiek tyle przejechał jednego dnia na wózku.
Jak reagowali napotkani po drodze ludzie?
- Bardzo przyjaźnie. Kiwali z samochodu, żadnych docinek. Wszystko na zasadzie “trzymaj się”, “powodzenia”. To było bardzo miłe. Burmistrz Rawy Mazowieckiej, przez którą przejeżdżałem obiecał zasilić moje konto.
Były chwile słabości?
- Podczas zwykłego maratonu, jak wynika z opowieści znanych zawodników, nawet zdrowy człowiek, w którymś momencie ma kryzys. A ja pokonałem trzy maratony jednego dnia. Pojawiają się takie chwile, kiedy jakiś głos mówi: wycofaj się, zrezygnuj. Trzeba przezwyciężyć ten moment i później jest już dobrze przez jakiś czas i jedzie się dalej. Całą drogę eskortowała mnie policja. Ponieważ jechałem sam, nie było blokad ulic. Dlatego musiałem jechać przy krawężniku. Przy takim spadzie, wózek ściąga na jedna stronę. Trzeba było cały czas mocno pracować prawą ręką. Efektem tego są bąble i odciski na dłoni. A i tempo było wolniejsze.
Jak wygląda sytuacja niepełnoprawnych sportowców w Polsce?
- Jeśli chodzi o Łódź, tylko jeden klub, Start się nimi zajmuje. Prowadzi koszykówkę i lekkoatletykę. Wszędzie gdzie się zgłaszałem to byłem traktowany jak “ufo”. Wreszcie AZS mnie przygarnął. Klub nie prowadzi sekcji dla niepełnosprawnych, ale mają lekkoatletykę i do niej mnie dokooptowano. Uzyskałem status członka klubu. To bardzo ważne, bo na oficjalnych zawodach nie mogę reprezentować sam siebie. Oprócz tego dano mi tam wszelkie możliwości, żebym mógł trenować. O każdej porze dnia, nawet w niedziele. Zostałem wyjątkowo przyjęty, wszędzie indziej miałem trudności.
Nie boi się Pan startu na paraolimpiadzie?
- Nie, absolutnie. Naprawdę jestem systematyczny i wiem, ile wkładam w to pracy.
Czy po Pana środowym wyczynie, pojawili się już pierwsi sponsorzy?
- Są już zapowiedzi i deklaracje. Dziś był telefon z Krakowa z pytaniem o numer konta. Ogólnie można powiedzieć, że jest odzew. I o to chodziło. Potrzebuje 30 tys. zł, tyle kosztuje profesjonalny, sportowy wózek. Jeśli ktoś chce coś osiągnąć w sporcie, musi go mieć.
Numer konta
* Oto nr konta na które można wpłacać pieniądze na wózek dla Krzysztofa Jarzębskiego: GETIN BANK 31 1520 0008 0001 2638 2000 0001
Miasto pomoże?
* Prezydent Kropiwnicki napisał list gratulacyjny do Krzysztofa Jarzębskiego. Dodał, że wiceprezydent Hanna Zdanowska, której podlega sport obiecała, że zrobi wszystko, by niepełnosprawny sportowiec wystartował na paraolimpiadzie w Pekinie.
Rozmawiał Bogdan Bukowiecki
Źródło: Gazeta Wyborcza

munio
16 lipiec 2007 - 21:42
W przypadku tego Pana sadze ze Pekin i paraolimpiada do jakis zart. Paraolimpiada skupia sportowcow najlepszych na swiecie i nie da sie do nich dolaczyc za rok treningu.Proponowal bym sie najpierw zmierzyc z karajowymi rywalami a potem pomyslec o minimum olimpijskim i pukntach UCI bez ktorych sie nie jedzie na paraolimpiade